Córka o Mrcinie Jaworowskim

Mój ojciec.

Moje wspomnienia o ojcu, cóż, jest ich tak wiele i tak mało, kiedy go zabrakło miałam ledwie i aż 10 lat. Jaki był, skąd pochodził - był Polakiem - Polakiem przez duże "P". Urodził się w okolicach Inowrocławia, pod niemieckim zaborem, jako ledwie 17-letni chłopak uczestniczy w Powstaniu Wielkopolskim, za swój w nim udział zostaje wielokrotnie odznaczany. Po ustabilizowaniu się sytuacji po I-wojnie światowej przyjeżdża na Śląsk i tu kończy Szkołę Policyjną w Katowicach. Jego pierwsza placówka po ukończeniu szkoły to Katowice, tu poznaje moją matkę rodowitą Chorzowiankę, jednak On - człowiek związany korzeniami ze wsią, z ziemią, stara się o placówkę na wsi, stara się i dostaje przeniesienie, najpierw do Lisowa, a potem do Kochcic - to jego ostatnia placówka. Jako zapobiegliwy Poznaniak kupuje parcelę w Kochanowicach i wkrótce w wielkim trudzie buduje dom, dom dla siebie i swojej rodziny. Wreszcie na początku sierpnia 1939r., może wprowadzić się z swoją rodziną, która wtedy liczyła już 5 osób nowego, wymarzonego domu. Nie dane było mu jednak cieszyć się ze swojego domu, nie dane mu było go wykończyć. Nadchodzi 1 wrzesień a wraz z nim rozkaz ewakuacji, wtedy nikt jeszcze nie wiedział, że w tym dniu wybuchnie wojna. Podstawiono po nas zwykłą furmankę na którą załadowano najpotrzebniejsze rzeczy - miała nas ona dowieźć do Herb, skąd koleją mieliśmy pojechać dalej, dalej oznaczało wtedy tylko na wschód. Kiedy dojechaliśmy do Herb, w ogólnym bałaganie okazało się, że wszystkie składy kolejowe zapełnione są ludnością cywilną. I tak nasza podróż furmanką trwała i trwała - tą furmanką dojechaliśmy aż do Antopola w okolicy Równego. Było nas 8 osób, moja matka, będąca w 6-tym miesiącu ciąży, ja /miałam 10lat/, moja ośmioletnia siostra, sześcioletni brat, wdowa po policjancie pani Błaszczyk wraz z córkami / 14 i 10 lat / oraz nasz woźnica pan Wójcik. Byłam jeszcze mały dzieckiem ale naszych przeżyć nie zapomnę nigdy, było ich tak wiele, że byłoby napisać książkę - niektóre z nich utkwiły mi szczególnie w pamięci. Ciągle ostrzeliwanie nas z samolotów, ciągłe ucieczki z kwater bo Niemcy nas doganiali, ciągły strach o siebie, o matkę, o rodzeństwo. Szczególnie zapamiętałam nalot podczas przeprawy przez jakąś rzekę, chyba Wisłę, tysiące furmanek jadących jedna za drugą i ciągły nalot samolotowy, strzelano do nas z broni pokładowej, każdy uciekał gdzie popadło, leżeliśmy w rowach, w szuwarach nad brzegiem rzeki a oni cały czas do nas strzelali, po nalocie nie mogliśmy się odnaleźć, ale na nasze szczęście -pan Wójcik- nasz woźnica nas odnalazł. A może ktoś z państwa przeżył to samo? Inny "obraz", który na zawsze zapamiętam to nasz przejazd przez płonący Zamość - do dziś noszę ślady na rękach po oparzeniach które spowodowała płonąca, spadająca z dachów papa, ale najbardziej pamiętam tych którzy tam zginęli, leżące zabite dzieci, płaczące nad nimi matki- nie, tego nie można zapomnieć. Ale w tym całym koszmarze był też moment radosny - spotkaliśmy ojca, nie pamiętam jaka to była miejscowość. Ojciec z uwagi na stan matki dostał specjalne zezwolenie by nas konwojować u tak dojechaliśmy do wspomnianego Antopola. Dzisiaj nie pamiętam już kiedy to było, ale musiał to by: chyba 15-ty wrzesień. Ojciec załatwił dla nas kwaterę zaś sam pojechał do Równego zameldować się w dowództwie, nasza gospodyni - Polka, wdowa po policjancie, która znała nastawienie Rosjan do Polaków prosiła ojca by się chociaż na jeden dzień wstrzymał z wyjazdem, ostrzegała go, że może nie wrócić, proponowała cywilne ubranie, ale do mojego ojca, który miał bardzo duże poczucie obowiązku twierdził, że nie może nie wykonać rozkazu, że musi się zgłosić w Komendanturze te słowa nie docierały. Do dziś pamiętam matkę, która błagała go by pozostał, nas płaczących, trzymających się kurczowo jego roweru, ale dla mojego ojca rozkaz był świętością - to wtedy widzieliśmy go ostatni raz. Nadszedł dzień 17-ty września cała ludność musiała wyjść na drogę i witać "wybawicieli" Polski. Moja matka w tym czasie chora bo i ciąża, i trudy przebytej drogi, nie była w stanie należycie się nami opiekować, toteż wszystkie obowiązki spadły na mnie, na najstarsze dziecko. Po dwóch czy też trzech dniach, nie pamiętam dokładnie, nasza gospodyni nie chcąc budzić matki, obudziła mnie, zaprowadziła na stryszek i pokazał co nasi "wybawiciele" robili z Polakami. Widziałam idących szeregami polskich żołnierzy, policjantów, potem słyszałam strzały z pistoletów, nie wiem czy były tam wykopane doły, ale wiem na pewno, że wszystkich ich rozstrzelano. Matka, kiedy się rano obudziła, pomimo swego stanu pojechała do Równego szukać ojca, ojca oczywiście nie znalazła, ale widziała tam tysiące aresztowanych żołnierzy i policjantów. Wtedy, gdy moja matka szukała w Równym ojca my na miejscu w Antopolu przeżyliśmy rzeź Ukrainców na Polakach, mordowano wszystkich Polaków, my mieliśmy szczęście, nas wyprowadziła do lasu nasza gospodyni oraz jej synowie, to oni uratowali nam życie. Matka w drodze powrotnej z Równego przeżyła to samo, musiała uciekać, ukrywać się - ocalała bo zakopała się w rowie przeciwlotniczym. Kiedy sytuacja się trochę ustabilizowała, wyjechaliśmy do Lwowa, w Lwowie zakwaterowano nas w burskie, w jakich warunkach nie będę mówić. Mama, która wtedy była już bardzo chora nie mogła chodzić, stać po nocach w kilometrowych kolejkach po żywność, po 1 chleb, 1 jajko lub 10 dkg smalcu - to wychodzenie po żywność stało się moim obowiązkiem, ja byłam przecież najstarsza. Miałam tylko 10 lat, ale nasze życie w tej samej bursie pamiętam jako straszną rzecz. Po jakimś czasie dostaliśmy się transportem do Przemyśla, tam była granica, ale otrzymanie przepustki na powrót do Polski graniczyło z cudem, nam się dzięki Bogu i dobrym ludzie - kolejarzom z Przemyśla udało, co właśnie kolejarze pokierowali mamą, gdzie pójść, jak załatwić przepustkę. Mama tę przepustkę załatwiła nie tylko dla nas ale także dla pani Błaszczyk z rodziną i całego wagonu naszych towarzyszy niedoli, udało jej się to pewnie ze względu na swój stan - była wtedy już chyba w 8 miesiącu ciąży. Ale to tylko dzięki przemyskim kolejarzom dostaliśmy się do Polski, to oni doprowadzili nas do przejścia granicznego, a trzeba dodać, że na przejście czekało tysiące ludzi. I tak szczęśliwie w ostatnim dniu przed zamknięciem przejścia przeszliśmy granicę i dotarliśmy do Polski, Polski okupowanej ale naszej Polski. Do domu do Kochanowic wróciliśmy w pierwszych dniach grudnia, a 31-go grudnia moja matka urodziła mego najmłodszego brata, brata, który mimo tego, że nigdy nie widział swojego, mojego ukochanego ojca, został przez władze Polski Ludowej uznany jako wróg PRL-u i nigdy nie otrzymał renty po swoim ojcu. Nastał czas "pokoju", nasze poszukiwania ojca trwały długo, bardzo długo, poprzez PCK oraz Czerwony Półksiężyc, ale zawsze otrzymywaliśmy odpowiedź, że na terenie ZSRR Marcin Jaworowski nigdy nie przebywał. Odnalazł się w Miednoje dopiero po przekazaniu dokumentów stronie polskiej przez Rosjan. Teraz już wiem jak zginął, znam jego numer, datę jego śmieci, ale jego już nikt mi nie wróci.

Eugenia Gambuś córka Marcina Jaworowskiego






Copyright © 2012 Mateusz Kurek, Wiktor Brzęczkowski